
Pracujesz niejako w cieniu zawodników. Co możesz nam powiedzieć o sobie?
- Ciężko mi to mówić, ale niedawno skończyłem 42 lata. Czuję się spełnionym człowiekiem.
Rajdowo?
- Przede wszystkim zawodowo, czyli rajdowo. Moja przygoda z serwisowaniem aut rajdowych rozpoczęła się dawno temu. Początkowo na rajdy jeździłem oglądać zmagania zawodników, do czasu gdy mój przyjaciel „Goryl” zabrał mnie do parku serwisowego. Obsługiwał wtedy samochód braci Wodniaków, a ja się bacznie przyglądałem pracy mechaników. Jakiś czas później ponownie pojechałem z nim na Rajd Krakowski, gdzie pomagałem przy obsłudze samochodu pana Jana Kościuszki. Tak zaczęła się moja przygoda, niestety szybko się skończyła. Musiałem zacząć zarabiać pieniądze pracując między innymi jako barman. Nie miałem możliwości „wbić się” do rajdów. Po latach ten sam przyjaciel rozmawiał z Andrzejem Górskim, wtedy dyrektorem zespołu Leszka Kuzaja. Powiedział, że ma kolegę, który jest pasjonatem i marzy o takiej pracy. Po pół roku udało się. Leszek zgodził się, bym przyszedł na tygodniowy test. Po czterech dniach miałem podpisaną umowę. Moje marzenia zaczęły się spełniać. Nie wierzyłem w to, co się działo w moim życiu. Nie zastanawiałem się jaka będzie wypłata, po prostu otworzyły się przede mną niedostępne dotąd drzwi - praca u Kuzaja. Wtedy w Polsce nie można było trafić „wyżej”.
A nauka?
- Skończyłem szkołę mechaniczną - zawód wyuczony: mechanik. Ale wtedy czasy były zupełnie inne.

W takim razie jak zostać mechanikiem rajdowym?
- Słowem kluczem jest PASJA. Ta praca wymaga ogromnego zaangażowania i poświęcamy jej mnóstwo czasu. Dla przykładu do tej pory nie zdążyłem się ożenić, ale mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni... Rzadko zdarzają się ogłoszenia „przyjmę do pracy mechanika rajdowego”. Myślę, że trzeba mieć dużo szczęścia, takiego jakie ja otrzymałem od losu i myślę, że dobrze je wykorzystałem. Na pewno trzeba zostać zauważonym przez kogoś, kto już pracuje w tym kręgu. Gdy mój przyjaciel pomógł mi w zdobyciu tej pracy, wszystko zaczęło się zmieniać. Zauważył mnie pan Rogalski i choć Leszek zmienił samochód, ja pozostałem w Subaru.
Jak polski mechanik rajdowy może wypłynąć w świat?
- Nie wiem. Pewnie gdyby nie pomógł mi kolega, to byśmy teraz nie rozmawiali. Człowiek robi coś najlepiej jak potrafi i albo ktoś go zauważy, albo nie. Pan Rogalski „przygarnął” mnie, gdy stracilem pracę u Leszka. Wiedział, że wykonuję swoje zadania dobrze i szybko. Trzeba to kochać, a w Subaru na szczęście bardzo lubią ludzi z pasją.
Obsługiwałeś samochody wielu kierowców...
- Przede wszystkim pracowałem z Leszkiem i tamte lata wspominam jako jedne z najciekawszych w moim życiu i miałem okazję przeżyć naprawdę bardzo wiele. Oczywiście pracowałem też ze wszystkimi kierowcami, którzy wtedy jeździli w jego stajni - Maćkiem Oleksowiczem, Patrikiem Flodinem, Szymonem Rutą, Marcinem Turskim, Sebastianem Fryczem czy słowackim zawodnikiem Michałem Riecicą, a na początku z wspomnianym Janem Kościuszką. Obecnie mam ponownie okazję współpracować z Kajetanem Kajetanowiczem, który cztery lata temu startował w Subaru.
Co możesz powiedzieć nam o Kajetanie?
- Kajtek jest znakomitym kierowcą. Przede wszystkim jednak jest wspaniałym człowiekiem. Bardzo cieszę się z tego, że nasze drogi znów się połączyły. To bardzo ważne, aby atmosfera między mechanikami i zawodnikiem była przyjacielska. Kilka lat temu był młody i uczył się - teraz walczy w czołówce z dobrym wynikami. Już wtedy wiedzieliśmy, że jest szybki.
Łatwiej mechanikowi obsługującemu cywilne samochody przestawić się na rajdy czy odwrotnie?
- Myślę, że rajdowemu łatwiej się przystosować. Mechanicy w serwisach „cywilnych” są wspaniali, ale, nie ubliżając nikomu, ciężko byłoby im przestawić się na pracę w rajdach. Kiedyś od jednego z mechaników podczas rajdu do mistrzostw świata usłyszałem, że nie wolno sprawdzać po sobie trzy razy jednej rzeczy, ponieważ na to po prostu nie ma czasu. Trzeba zaufać sobie - skręcasz jakiś element i możesz ewentualnie to sprawdzić raz i koniec. Nie ma miejsca na myślenie typu „dokręciłem czy nie?”. W warsztacie na wszystko jest czas.
Czy jako mechanik rajdowy musisz znać wszystkie przepisy i homologacje?
- Dobrze jest wiedzieć jakie przepisy obowiązują, a wręcz jest to wskazane, natomiast nad kwestią dobrze przygotowanego samochodu czuwa przede wszystkim koordynator zespołu.
Podczas prac w serwisie widać wiele osób, ale w jaki sposób wy komunikujecie się z załogą w trakcie rajdu?
- W obecnych czasach jest dużo łatwiej - zjeżdżając z odcinka zawodnicy dzwonią do koordynatora albo inżyniera, a on ustala wszystkie kwestie i przekazuje mechanikom zadania. Przed wjazdem do parku serwisowego idziemy na tzw. komasację, czyli miejsce, gdzie zawodnicy czekają na wjazd na stanowisko serwisowe. Tam dowiadujemy się, co się dzieje z autem, obserwujemy na przykład opony, ewentualne zniszczenia i przygotowujemy się do wykonywania danych czynności w serwisie. Komunikacja jest tu bardzo ważna - istotne jest jednak, aby w procesie przekazywania informacji brało udział jak najmniej osób, by nie wprowadzać zamieszania i nie zabierać tego cennego czasu.
A w samym serwisie?
- Zawodnik wjeżdża sam, choć czasem musimy go pokierować na stanowisko. Podnosimy auto i albo robimy standardowy „przegląd”, albo decydujemy się na wymianę jakiś elementów, zmianę ustawień itp.
Ostatnio widać Cię z tyłu samochodu podczas pracy w serwisie. To dlatego, że tam więcej kibiców?
- I dziennikarzy! (śmiech) A tak poważnie to samochód podzielony jest na „ćwiartki” i każdy z mechaników ma swoją rolę w zespole. Ja jestem odpowiedzialny za prawy tył auta. Poza rajdami przy samochodzie pracujemy z Robertem Bóladem tylko we dwóch. Podczas rajdu potrzeba nas minimum pięciu.
Serwisujesz rajdówki od dawna. Masz okazje jeździć tymi samochodami?
- Tak. Mechanik główny zazwyczaj jeździ samochodem, który naprawia. Dawniej musiałem przejechać się autem, zanim wsiadł do niego zawodnik. Jeździłem też często na prawym fotelu, najczęściej z Kajetanem, ale też z Turskim i Fryczem. Jadąc samochodem można lepiej wyczuć co się dzieje z autem. Niektórzy kierowcy czasami nie potrafią wytłumaczyć o co dokładnie chodzi, a po krótkiej przejażdżce można do tego dojść.

Czy w pracy mechanika rajdowego jest miejsce na emocje i myślenie o odpowiedzialności?
- Powiem nieskromnie, że teraz to jest rutyna. Po prostu odbywa się to poza świadomością. Myślę o tym, ale nie pokazuję po sobie. Jeden z kierowców powiedział kiedyś: „moje życie w twoich rękach” i to jest chyba najlepsza odpowiedź na to pytanie. Pamiętajmy, że samochód cywilny jeździ z innymi prędkościami, w rajdowym cały czas są przeciążenia, pracuje na maksymalnych obrotach. To ogromny wysiłek dla każdego elementu auta.
Wielu ludzi z motosportu ma swoje rajdowe przesądy. Masz też takie?
- Chyba nie... Mam takie jedne cążki, które otrzymałem kilkanaście lat temu od swojego brata i cały czas są ze mną. Wiem, że jak będę je miał, to będzie dobrze.
Masz swoje rajdowe marzenie?
- Spełniłem już bardzo dużo swoich marzeń, między innymi dzięki Leszkowi. Moim marzeniem była praca w najlepszym zespole w Polsce i tam pracowałem. Teraz także jestem członkiem topowego team’u. Wiadomo, że w miarę jedzenia apetyt rośnie... Myślę, że jestem spełniony, ale ostatnio zacząłem myśleć o Rajdzie Dakar.
Zimowe testy LOTOS - Subaru Poland Rally Team
8. Rajd LOTOS Baltic Cup rozpocznie sezon
LOTOS - Subaru Poland Rally Team zagra z WOŚP
LOTOS - Subaru Poland Rally Team w Plebiscycie Auto Lider 2011
Konkurs fotograficzno-filmowy rozstrzygnięty!
LOTOS - Subaru Poland Rally Team z pucharami
Sukces był kwestią czasu – wywiad z Kamilem Hellerem
LOTOS - Subaru Poland Rally Team zakończył sezon na Karowej
Ogólnopolskie Kryterium Asów z LOTOS - Subaru Poland Rally Team